Co myślą o polskich wyborach prezydenckich cudzoziemcy, zainteresowani Polską, ba, bliscy jej emocjonalnie? Powiem wprost: Niemcy.
Miałem przed sobą ponad stu przedstawicieli upper midle class z Frankfurtu nad Menem. Ludzie wykształceni, z wysoką pozycją społeczną. Przyszli posłuchać o sytuacji politycznej w Polsce po katastrofie smoleńskiej, a przed drugą turą wyborów. Ja występowałem w roli referenta, bardzo ciekaw pytań i komentarzy słuchaczy.
Wyjaśnię bliżej: publiczność stanowili członkowie Towarzystwa Niemiecko – Polskiego, ono zaś wyłoniło się z założonego w 1989 roku stowarzyszenia Frankfurt – Kraków. Dzięki pasji tych ludzi metropolie, heską i małopolską, połączyła umowa o partnerstwie miast. Na sali znajdowali się też goście spoza tego grona, zwabieni inseratami medialnymi, i dzieci – ale takie w wieku akademickim – członków Towarzystwa. Mnie zaprosił jego szef, zarazem konsul honorowy RP w Hesji, Klaus Sturmfels, ceniony w niemieckiej stolicy finansów adwokat i notariusz.
Sympatia różne ma imię
Powierzone mi zadanie wykonałem, przedstawiając raport faktograficzny. Przystąpiliśmy do dyskusji. Już wcześniej, gdy przed oficjalnym rozpoczęciem spotkania rozmawialiśmy przy lampce wina, naszła mnie refleksja, że między Niemcami i Polakami panuje dziś zasadnicza różnica w definiowaniu sympatii politycznych. Otóż, członkowie Towarzystwa mówili o sobie, albo zgoła podkreślali: jestem socjaldemokratą. Tak uczynił, na przykład, konsul honorowy Rzeczpospolitej, Sturmfels. Wyboru przekonań politycznych dokonał pod wpływem Willy Brandta i jego polityki wschodniej. Ktoś inny wyjawił mi po kilku minutach rozmowy: jestem chrześcijańskim demokratą. Usłyszałem też o liberałach. Ale tu legitymacja nie ma znaczenia. Członków Towarzystwa Niemiecko - Polskiego łączy mianownik ponadpartyjny - zobowiązanie moralne wobec wschodnich sąsiadów.
W Polsce prezentacja polityczna nie jest na ogół tak bezpośrednia, rzekłbym, jest umowna. Głosuję na Komorowskiego. Albo: na Kaczyńskiego. Na Platformę albo na PiS. Głosuję. Ba, nierzadko słyszy się „wybieram mniejsze zło” jako motyw postawienia krzyżyka przy takim, nie innym, nazwisku na karcie wyborczej. Motyw przywiązania do barw, programów partyjnych z pewnością nie wybija się na czoło. To przede wszystkim brak ugruntowanej tradycji, komentowali hescy słuchacze i przypominali, że CDU powstała wkrótce po wojnie i jedynie z wymuszonymi przez bieg czasu korektami nie zmieniła programu. A SPD, ho ho ho, dawno stuknęła setka.
Zebrani nie kryli zaskoczenia, gdy podałem liczby, ilustrujące siłę szeregów członkowskich polskich partii. W Niemczech te najważniejsze skupiają wiele setek tysięcy członków, nawet ograniczona tylko do 12-milionowej Bawarii CSU ma czterokrotnie więcej członków niż Platforma Obywatelska … . W polskiej rzeczywistości obietnice wyborcze częstokroć zastępują programy, a wiemy komu obiecanki cacanki przynoszą radość. Efekt jest taki, że po upływie kadencji rządów z absolutną większością, AWS pożegnała się z parlamentem, zaś SLD, też potężna na początku rządów, po ich zakończeniu zdekatyzowała sześciokrotnie liczbę posłów. Dlatego najwięcej mówią nazwiska, Są jak sztandary i programy. No i nazwiska budzą silne emocje. Tym większe, że przedterminowe wybory stały się konieczne w wyniku katastrofy smoleńskiej. Wyczuwałem zrozumienie Sali dla tej kulminacji napięć i emocji.
Między Mrożkiem i państwem prawa
Jednak, gdy uzupełniłem, że odmieniony Jarosław Kaczyński odkrył u siebie serce po lewej stronie i wielką sympatię dla lewicy, szeroko otwarte oczy pierwszego rzędu słuchaczy zasygnalizowały, że chyba coś nie tak. Pewnie zbyt mocno zapachniało Mrozkiem. Ale taka jest rzeczywistość. Stało się jasne: Niemiec Polaka nie zrozumie.
Wrażenie to jakby pogłębiło się wraz z pytaniem o przebieg debat wyborczych. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że klasycznych debat w zasadzie nie było, ale pojawiła się absolutna nowość – zamiast z przeciwnikami, debata z przyjaciółmi politycznymi. Prapremiera odbyła się z udziałem kandydata na prezydenta, Jarosława Kaczyńskiego, jego bliskich współpracowników i sympatyków. Wystarczyło to jednak, by uwypuklić różnice wobec największego rywala. Znana pani socjolog zauważyła, na przykład, że podczas gdy jej faworyt występuje z chwytającym za serce posłaniem do przyjaciół Rosjan, to Komorowski całuje się z Putinem.
Polityka zagraniczna i bezpieczeństwa to obszar konstytucyjnie przypisany szczególnej uwadze prezydenta; po tym przypomnieniu padło pytanie, jaką linię, jaką wizję Unii Europejskiej w nadchodzących latach prezentują kandydaci. Niestety, musiałem pozostawić to pytanie bez odpowiedzi, bo w tych sprawach, przynajmniej do pierwszej tury, panowała daleko posunięta powściągliwość. Co więc było dominującym nurtem wymiany poglądów? Służba zdrowia. A czy ona leży w nadzwyczajnych kompetencjach prezydenta jak, powiedzmy, obrona narodowa? Masz ci los… No, nie leży. Stwierdziłem, że w Polsce toczy się gorąca dyskusja wokół reformy kulawej służby zdrowia, zatem zapatrywania przyszłej głowy państwa są nader ważne - choćby z uwagi na prezydenckie prawo weta. Dorzuciłem niefortunnie, że nawet kwestia prywatyzacji szpitali trafiła do sądu. Aha, prywatyzować czy nie prywatyzować, padło pytanie uściślające. Musiałem więc wyjaśnić, ze nie, że poszło o to, czy jeden z kandydatów opowiada się za prywatyzacją, bo jeśli nie, to ten, który mu tak niecne skłonności zarzuca, kłamie i musi to odszczekać. Co zresztą, po apelacji, tak też się stało.
Patrząc na uśmiechnięte twarze słuchaczy, nie byłem pewien, czy większe wrażenie zrobił tryumf państwa prawa, czy to Mrożek znów dał znać o sobie.
Michał Jaranowski
red. odp. Bartosz Dudek